Listopadowy wieczór, ciepła herbatka zaparzona, mąż zaprasza do obejrzenia filmu… Może coś romantycznego, może jakaś strzelaninka z przystojnym aktorem. Otóż nie. On wybrał dokument – gatunek, który z zasady nie należy do moich ulubionych. (Ale w tym przynajmniej występuje Arnold Schwarzeneger).  

The Game Changers 

O The Game Changers napisano już sporo recenzji i nie będę dorzucać swojej. Żebyście zrozumieli resztę wpisu, skrócę tylko główne przesłanie. Ludzie powinni być na diecie wegańskiej. Mamy tam całą masę powodów, przykładów i statystyk okraszonych historiami ludzi, którzy przeszli na weganizm. 

Sportowcy, którzy zaczęli zdobywać medale, poprawiać swoje wyniki, chociaż już mieli przejść na emeryturę, grupa strażaków, którym cholesterol spadł o połowę po tygodniu weganizmu (i zapewne lepiej gaszą pożary), futboliści, którzy weszli do play-offów (i poprawiła im się jakość wzwodu). No i na deser sam Schwarzeneger – jakże nie wierzyć Terminatorowi.  

Trochę się podśmiewam, ale całość jest podana spokojnie, rzeczowo i bardzo przekonująco. Morał filmu: dieta wegańska jest dla ludzi idealna, nie wymaga wcale tak wielu wyrzeczeń i pozwala jeść smaczne i pożywne posiłki.  

Jak żyć bez mięsa? 

Kwestię posiłków mam już trochę przećwiczoną, bo mój mąż miał kilkukrotnie epizody żywienia wegańskiego. Wiem, że można się najeść i będzie to pełnowartościowe jedzenie. Ja jednak znana jestem z zamawiania “kebaba samo mięso” i oglądając ten film po prostu chciało mi się płakać.  

Wszystko rozumiem, wszystkie argumenty są logiczne, wszystkie eksperymenty wyszły jak trzeba, kocham zwierzęta bardziej niż ludzi, ale jak mam do końca życia być na wegańskiej diecie to wolę umrzeć od razu. Odstawienie mięsa jest dla mnie naprawdę bardzo dużym wyrzeczeniem. Zapadła jednak decyzja: próbujemy na miesiąc.  

Mój pierwszy tydzień diety wegańskiej 

Aktualnie mija pierwszy tydzień. Posiłki jakoś lecą – ostatecznie można jeść pieczywo, robimy warzywne pasty, wegańskie placki, pancakesy, makaron z tofu i burrito bez mięsa. No i frytki w McDonald’s są wegańskie. A miejscowa pizzeria załapała od razu co znaczy pizza wegetariańska bez sera.  

Problem jest jeden – ja absurdalnie czuję, że ta dieta mi nie służy. Od tygodnia czuję, że mam coraz mniej siły, jakbym była wypompowanym balonikiem. Nie żebym wcześniej została wielokrotnie nominowana do tytułu “wulkanu energii”, ale miało być lepiej, a nie jeszcze gorzej. Ostatnie dwa dni po prostu się snuję i maszynowo wykonuję stałe punkty dnia. Mąż twierdzi, że to coś pomiędzy placebo (bo sobie wmawiam), a skutkiem zejścia poniżej 5000 kalorii dziennie (ach, te żarciki).  

Jeżeli dociągnę do pełnych czterech tygodni (jeżeli nie to będzie to ostateczny deal breaker tej diety) to na 100% w drugiej połowie grudnia zdam pełną relację z tego jak było i czy zamierzam na takiej diecie pozostać dłużej.  

Macie jakieś osobiste doświadczenia z weganizmem?

Zdjęcie główne: netflix.com