Nie da się ukryć, relacja z karpiem to przeważnie klasyczne hate or love. Przy czym ja zdecydowanie jestem po stronie love. 

Kiedyś ryby nie były moją mocną stroną, głównie z uwagi na ości. O ile smak ryb uwielbiam, o tyle nie do końca pojmowałam po co im tyle takich małych kości. Nadal uważam, że wszystkie ryby mogłyby się już ich ewolucyjnie pozbyć. Na razie jednak jest jak jest, więc czasem zjedzenie pstrąga pieczonego w całości albo dzwonka z łososia zajmuje mi trochę czasu i sprawia, że dodatki na talerzu stygną.  

Ale czasu poświęconego na jedzenie karpia nigdy nie żałuję. Tak samo jak właściciele stawu nie żałują czasu na jego hodowanie. Wiedzieliście, że karp to wspaniały przykład slowfood? Zanim trafi na talerz rośnie sobie spokojnie przez 3 lata i naturalnie dokarmiany gromadzi w sobie zdrowe tłuszcze, białko i witaminy. 

Nie słuchajcie marudzenia, że karp jest niedobry, że pachnie mułem, że tego to nawet w Wigilię nie da się zjeść. Idźcie do dobrego sklepu albo podjedźcie do najbliższej hodowli, kupcie sobie ze dwa karpie i odkryjcie go na nowo. Nie dajcie sobie wmawiać niepotrzebnych uprzedzeń i traum z dzieciństwa.  

Czytaj również: 24 kalendarze adwentowe dla każdego (i tylko jeden z czekoladkami!)

Jasne, zgadzam się, jak byłam dzieckiem to z karpiem bywało różnie. O ryby czasem się walczyło, czasem były lepsze lub gorsze, przechodziliśmy w domu fazy marynowania go, trzymania płatów na noc w pokrojonych warzywach, czosnku i nie wiadomo czym jeszcze, przyprawiania nawet cygańską przyprawą do ryby – dzisiaj nie do pomyślenia! Raz, że zabija całkowicie smak ryby, a dwa, że ma niepoprawną politycznie nazwę. 

Teraz wystarczy kupić rybkę w sprawdzonym miejscu, użyć soli i pieprzu, obtoczyć w mące i można wrzucać na patelnię. To jest taki klasyk, na który zawsze mam ochotę. Delikatne mięsko, aż słodkie w smaku, chrupiąca skórka. W wersji świątecznej koniecznie z sałatką jarzynową. Ale smakuje dobrze przez cały rok – wiem, bo jadłam całkiem niedawno. Przy okazji robienia przepisu, który wrzucam wam niżej, czyli na KARPIA NA SUROWO(!) nie mogłam odmówić sobie usmażenia kawałka do obiadu.  

Czytaj również: Serialowa jesień, czyli w czyim towarzystwie zaszyć się pod kocem

Zanim przejdziemy do bardziej nowoczesnego sposobu na karpia to zachęcam do podzielenia się waszymi historiami z karpiem w roli głównej. Chciałabym wiedzieć, czy tak jak ja, lubicie go nie tylko od święta? Jecie w Wigilię? A może jeszcze nie próbowaliście? Dajcie znać, a swoje opowieści możecie oznaczać tagiem #karpiujemy.  

I koniecznie wypróbujcie przepis poniżej! 

Ceviche z karpia 

Składniki:  

  • 400 g karpia  
  • 1 cytryna 
  • 1 łyżka octu jabłkowego 
  • 1 łyżka cukru  
  • 1 papryczka chilli 
  • Pół czerwonej cebuli  
  • Sól i pieprz 
  • 1 jabłko  
  • 1-2 łyżki oleju z pestek winogron 

Przygotowanie: 

Najtrudniejszym elementem jest przygotowanie ryby. Polecam kupić filety z karpia, ale nawet one nie są pozbawione wszystkich ości. Dlatego przy krojeniu ryby poza ściągnięciem z niej skóry trzeba też pousuwać ewentualne ości.  

Rybę kroimy w kostkę ok. 1 x 1 cm, więc dość łatwo jest zlokalizować wszystkich nieprzyjacieli.  

Sok z cytryny mieszamy z octem i cukrem, do tego kroimy drobniutko cebulkę i chilli. Dokładną ilość ostrości pozostawiam waszemu uznaniu, ale nie rezygnowałabym z niej całkiem. Rybę lekko solimy, posypujemy pieprzem i zalewamy marynatą. Odstawiamy do lodówki na około godzinę.  

W tym czasie karp powinien zmienić swój kolor i zrobić się biały. Jeżeli pokroiliście rybę za grubo, to można potrzymać go w lodówce dłużej. 

Po wyciągnięciu z lodówki odlewamy większość zalewy, tak żeby ryba pozostała mokra, dodajemy olej z pestek winogron i mieszamy.  

Jabłko obieramy (albo i nie, w końcu pod skórką jest najwięcej witamin) i kroimy w cienkie zapałki. Wykładamy na talerz, na jabłko kładziemy karpia i delektujemy się jego smakiem.  

Wpis powstał w ramach akcji #KARPIUJEMY