Akademia Filmowa ogłosiła nowe zasady w przyznawaniu Oscarów. Mają być kobiety, mają być nie-biali, mają być osoby nienormatywne.  

Czytniki E-book - sprawdź na Ceneo.pl

Zastanawiacie się czasem czy i kiedy słowo “biali” stanie się obrazą? Czarny nie może być, żółty to obraza, biały akurat jest ok. Chcemy podkreślać swoją różnorodność, ale jednocześnie zakazujemy zwracania na nią uwagi. Mieszamy się w tym strasznie, bo akurat “czarny” ma negatywne historyczne konotacje, ale “biały” nie ma. Jeszcze nie ma, bo po kampaniach prezydenckich Trumpa określenie “biały mężczyzna” też nabiera samych negatywnych skojarzeń i zaczyna być równoznaczne z nazwaniem kogoś debilem.  

Czytaj również: Oscary, pokojowy Trump i wieczne burgery

Wszyscy wiemy, że z każdym rokiem Oscary są coraz mnie warte i przestały już dawno decydować o tym czy film jest dobry. Mimo to słowo “Oscar” nadal brzmi dumnie, ale czy będzie napawać taką samą dumą trzymającego statuetkę, którą dostał tylko za to, że jest czarnoskórym gejem grającym w filmie? Pytanie na razie jest retoryczne, bo nowe standardy dotyczą tylko kategorii Najlepszy film. 

Czy wpłyną na to kto zwycięży? 

Prawdopodobnie nie za bardzo. Obowiązywać będą od 2024 roku, każdy film kandydujący do nagrody za Najlepszy film powinien spełniać przynajmniej dwa z czterech, a przedstawiają się następująco:  

Standard A: Różnorodna reprezentacja ludzi, wątków i narracji na ekranie 

Standard B: Różnorodność wśród twórców kreatywnych i zespołu 

Standard C: Dostępność i otwartość na młodych twórców pochodzących z mniejszości 

Standard D: Różnorodność w departamentach marketingu, PR-u i dystrybucji 

To wszystko w dużym skrócie, dokładne zapisy można doczytać u źródła. Chyba wszystkie większe portale filmowe i nie tylko pokusiły się już o analizę, czy zwycięskie filmy z ostatnich lat miałyby szansę na wygraną przy nowych warunkach. Okazało się, że większość nie miałaby najmniejszego problemu, a nieliczne, które nie potrafiły spełnić wymogów podpierałyby się pewnie ostatnim Standardem, czyli pozatrudniały odpowiednie osoby w marketingu lub studio filmowym. I tak, nadal można wygrać z filmem o nazistach na łodzi podwodnej bez umieszczania w nim kulawego geja i czarnoskórej kobiety (stereotyp zaczerpnięty z jakiegoś mema, z góry przepraszam).  

O co więc ta cała burza z Oscarami? 

W zasadzie nie wiadomo. Cała branża potwierdza, że po prostu spisano na papierze zasady, które już powoli funkcjonowały. Czy to dobrze? Czy trzeba te zasady aż tak usankcjonować? Najwidoczniej tak. Większość z nas wie przecież co jest dobre, a co złe, a mimo to i tak musimy mieć spisane kodeksy.  

Standardy mają pomóc młodym artystom, producentom czy scenarzystom. Mają promować równość: osób, wyznań, preferencji seksualnych. Wszystko pod hasłem wyrównywania szans i ja to bardzo szanuję.  

Czytaj również: Parytety, #metoo, feminatywy i inne dowcipy

Wiecie jaki ja mam problem z tymi zasadami? Mnie właśnie boli, że w XXI wieku nadal musimy je narzucać, że nie dorośliśmy jeszcze do tego, żeby odgórnie, oddolnie i po prostu ze środka uznać za naturalne, że wszyscy są równi.  

Dla mnie problemem staje się retoryczne pytanie z początku tekstu. Budzi mój wewnętrzny sprzeciw jak wszystkie parytety, gdzie posadę, miejsce, nagrodę czy stypendium dostaje się za płeć czy kolor skóry, żeby było bardziej różnorodnie. Nie za talent, wiedzę, umiejętności, ale za wrodzone cechy, na które nie ma się wpływu. Jak parytety w polityce, stypendia na prestiżowym uniwersytecie, a niedługo może również Oscary. Wydaje mi się to poniżające i krzywdzące zarówno dla tych, którzy się na nie załapali, jak i dla tych, którzy z ich powodu wylecieli.  

Ale może to naprawdę jest jedyny sposób, żeby coś zmienić.  

Zdjęcie główne: unsplash.com